Hospicjum Świętego Franciszka w Katowicach

Katowickie hospicjum towarzyszyło mojej mamie i naszej rodzinie przez 9 miesięcy. Mama sama je sobie wybrała i postąpiła słusznie. Otrzymała doskonałą opiekę, a my pomoc w podejmowaniu właściwych decyzji, podczas pielęgnacji naszej chorej. Bardzo ceniliśmy sobie to, że hospicjum zapewnia dwudziestoczterogodzinny dyżur pielęgniarski. Pacjent i rodzina opiekująca się chorym zyskują pewność, że kto w patowej sytuacji powie co należy w danej chwili zrobić, a jeśli zajdzie się taka potrzeba, przyjedzie z fachową pomocą. Dla naszej chorej ważne były cotygodniowe- wizyty hospicyjnego kapelana i możliwość przyjęcia sakramentów. Katowickie hospicjum pomogło mamie odejść bez bólu, w domu, wśród najbliższych. Nam służyło radą, do świadczeniem i rozmową, która niejednokrotnie pozwalała zrozumieć nam, co z mamą się dzieje.

K. L.- K..

Powolne odchodzenie śmiertelnie chorej osoby jest dla jej bliskich najcięższą próbą. Doświadczeniem, wobec którego czują się bezradni i przerażająco samotni. Moja chora terminalnie Mama musiała to odczuwać, bo powiedziała prosto i bez emocji: teraz jest już czas dla ludzi z hospicjum". Nie mówiła instytucji, tylko o ludziach. Zawodowo związana ze służbą zdrowia, wiedziała, że pomagają nie tylko chorym, którzy powoli wyrzekają się wszystkiego po kolei, niczego już nie pragną, na wszystko się godzą przyjmują. Wiedziała, że pomoc potrzebna jest też tym, którzy zostają i właśnie nie chcą się wyrzec, nie chcą się pogodzić. Dlatego Mama od razu zaakceptowała panią pielęgniarkę, lekarkę i księdza, w naturalny sposób przyjęła ich obecność, podobnie jak ja. Wolontariusze z hospicjum stali się w tym strasznym czasie najbliższymi nam osobami - to ich najczęściej widywaliśmy, do nich najczęściej dzwoniliśmy po pomoc i radę, na nich mogliśmy liczyć. Rozumieli nasze emocje, nasz lęk i bezradność. Zastanawiałam się, jak sami utrzymują równowagę, żyją przecież nieustannie wobec doświadczenia śmierci, ich pacjenci odchodzą. W ostatnich miesiącach życia mojej Mamy czytałam Zapiski z nocnych dyżurów Jacka Baczaka, gdzie być może znalazłam wyjaśnienie. Autor, również opiekujący się terminalnie chorymi, pisze o swoich pacjentach: Obcując z ich twarzami, stopniowo i niewyraźnie uwiadomiłem sobie, że obcuję z cząstką świętości. Z czasem te twarze zlewały się w pamięci w jedną, która stawała się obliczem (...) ZASADY, może obliczem CZASU. Zagarniała w siebie tak wiele znaczeń, że stawała się milczącą, przytłaczającą obecnością. Żyłem przed Obliczem."

Dziękuję Wam - B. S..

facebook